Archiwum kategorii: prawo autorskie

Wykorzystanie zdjęć budynków – zdjęcia elewacji i zdjęcia wnętrz

Często otrzymujemy pytania od fotografów, wydawców książek czy producentów filmowych dotyczące możliwości komercyjnego wykorzystania zdjęć lub ujęć filmowych budynków – zarówno ich elewacji, jak i wnętrz. Poniżej postaram się w jasny sposób opisać istotne aspekty tego tematu.

Zacznijmy od tego, że większość budynków to utwory w rozumieniu ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Rozpowszechnianie utworów (a więc odtwarzanie dowolną techniką i publiczne udostępnianie) bez zgody autora, co do zasady, stanowi naruszenie praw autorskich. Oznaczałoby to, że wykonanie fotografii budynku i wykorzystanie jej zarówno w celach zarobkowych (np. sporządzenie kartek pocztowych, umieszczenie fotografii w przewodniku czy albumie), jak i udostępnienie na portalu społecznościowym przez osobę prywatną, wymagałoby dotarcia do informacji, kto jest podmiotem autorskich praw majątkowych sfotografowanego obiektu oraz uzyskania jego zgody na rozpowszechnienie zdjęcia.

WOLNOŚĆ PANORAMY – USTAWOWY WYJĄTEK W PRAWIE AUTORSKIM

Ustawodawca (zdając sobie sprawę z utrudnień, do jakich prowadziłoby konsekwentne stosowanie powyższej reguły) przewidział w ramach tzw. dozwolonego użytku publicznego ustawowy wyjątek, powszechnie określany „wolnością panoramy”. Zgodnie z art. 33 pkt 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wolno rozpowszechniać utwory wystawione na stałe na ogólnie dostępnych drogach, ulicach, placach lub w ogrodach, jednakże nie do tego samego użytku. Przepis ten, mając na celu umożliwienie swobodnego korzystania z krajobrazu, zezwala na rozpowszechnianie wszystkich utworów, które są wystawione na stałe we wskazanych miejscach publicznych, dostępnych dla każdego. W praktyce dotyczy to głównie utworów architektonicznych (budynki, budowle), plastycznych (rzeźby, grafiki, murale, witraże) i fotografii, a także niekiedy stałych kompozycji oświetleniowych.

W odniesieniu do obiektów budowlanych omawiane uregulowanie wprowadza możliwość wykonywania oraz publicznego udostępniania zdjęć elewacji budynków bez konieczności uzyskania zgody osoby uprawnionej z tytułu autorskich praw majątkowych.
Wskazany przepis nie wprowadza ograniczeń dotyczących rodzajów fotografowanych budowli, a więc mogą to być zarówno obiekty zabytkowe czy sakralne, jak i ogrodzone domy jednorodzinne, jeśli tylko znajdują się w miejscu ogólnie dostępnym. Co ważne, zgodnie z art. 33 pkt 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozpowszechnianie może służyć wszelkim celom, w tym także zarobkowym.

Omawiany przepis, choć ma bardzo szerokie zastosowanie, zawiera jedno istotne zastrzeżenie, o którym nie można zapominać – wolno rozpowszechniać utwory (…), jednakże nie do tego samego użytku. Najprościej rzecz ujmując, sformułowanie to oznacza, że nie jest dozwolone wykorzystanie zdjęcia konkretnego utworu – obiektu budowlanego – jako wzoru służącego do odtworzenia tego obiektu w innym miejscu (wówczas mamy do czynienia z takim samym użytkiem). W praktyce oznacza to, że nie można na podstawie istniejącego budynku zrobić odwzorowującego go projektu architektonicznego i wybudować na jego podstawie nowego obiektu.
Należy pamiętać, że w ustawodawstwie poszczególnych państw (także tych należących do Unii Europejskiej) nie tylko istnieją znaczne różnice w uregulowaniu zakresu wolności panoramy, ale także są państwa, w których prawo autorskie takiego wyjątku nie przewiduje w ogóle. Jako przykład można wskazać Francję, Belgię, Włochy czy Grecję, w których nie jest dozwolone publikowanie zdjęć utworów wystawionych na widok publiczny bez uzyskania zgody osób uprawnionych z tytułu autorskich praw majątkowych.

ZDJĘCIA WNĘTRZ BUDYNKÓW

Zagadnienie dotyczące fotografowania wnętrz budynków musi zostać omówione osobno, gdyż w tym zakresie przepisy o wolności panoramy nie mają zastosowania. W literaturze podkreśla się, że art. 33 pkt 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych stosuje się wyłącznie do utworów wystawionych na wolnej przestrzeni, a więc nie są objęte tym przepisem przypadki udostępniania utworów w halach dworcowych, na poczcie, w banku, instytucji ubezpieczeniowej czy w sali restauracyjnej. Rozpowszechnianie zdjęć utworów wystawionych w (podanych tytułem przykładu) ogólnie dostępnych miejscach może wymagać, niezależnie od zezwolenia podmiotu praw autorskich, zezwolenia właściciela. Zgodnie bowiem z przepisami kodeksu cywilnego, właściciel może korzystać z rzeczy z wyłączeniem innych osób, co daje podstawę do wymagania uprzedniej zgody na fotografowanie i rozpowszechnianie reprodukcji.

PODSUMOWANIE

Wprowadzając ustawowy wyjątek w zakresie wolności panoramy, ustawodawca wyszedł z założenia, iż fakt, że w przestrzeni publicznej mogą znajdować się obiekty podlegające ochronie prawnoautorskiej, nie może prowadzić do braku możliwości jej fotografowania. Tak więc, rozpowszechnianie zdjęć elewacji budynków wystawionych na widok publiczny jest dozwolone – zarówno w celach zarobkowych, jak i prywatnych – bez konieczności uzyskania zgody podmiotu praw autorskich. Natomiast w przypadku wnętrz budynków, wyjątek ten nie obowiązuje. Co więcej, uprawnienia wynikające z prawa własności umożliwiają właścicielowi takiego budynku żądanie zapłaty odpowiedniego wynagrodzenia bądź wprowadzenie całkowitego zakazu wykonywania i rozpowszechniania zdjęć jego wnętrza.

Czy ściąganie plików jest legalne?

Pytanie, czy można legalnie ściągać pliki z internetu było już wielokrotnie omawiane i nie byłoby większego sensu wracać do niego po raz kolejny, gdyby nie niedawne orzeczenie Trybunału.

Dla osób niecierpliwych i niezainteresowanych zagadnieniami ściśle prawnymi – Trybunał powiedział, że dozwolony użytek prywatny nie obejmuje przypadków sporządzania kopii z nielegalnego źródła. Cóż to oznacza? W ocenie Trybunału, dozwolony użytek nie może obejmować np. sytuacji, w której ściągamy z chomikuj.pl zeskanowaną nielegalnie (bez zgody autora) książkę. Takie zachowanie będzie naruszeniem praw autora (wydawcy) i powinno podlegać sankcjom.

Dalsza część dla ciekawskich.

Wyrok w sprawie ACI Adam BV

Wspomniana opinia została zawarta w wyroku Trybunału w sprawie ACI Adam BV i in. (wyrok Trybunału z dnia 10 kwietnia 2014 r., C-435/12).

ACI Adam i inni to importerzy lub producenci czystych nośników danych, takich jak CD i CD-R. Zgodnie z prawem niderlandzkimi importerzy i producenci czystych nośników są zobowiązani do uiszczania opłat (tzw. copyright levies) od tych nośników na rzecz fundacji Stichting de Thuiskopie. Wysokość tej opłaty była ustalana biorąc pod uwagę możliwość wykorzystania czystych nośników do nagrywania utworów w ramach użytku prywatnego utworów, przy czym część tej opłaty miała zrekompensować szkodę, jaką mogą ponieść podmioty uprawnione z prawa autorskiego w wyniku sporządzania kopii utworu pochodzącej z nielegalnego źródła. Producenci czystych nośników sprzeciwili się tej części opłaty, która miała być rekompensatą za kopie utworów pochodzących z nielegalnego źródła.

W sprawie zainicjowanej powództwem ACI Adam Niderlandzki Sąd Najwyższy wystąpił to Trybunału z pytaniami prejudycjalnymi, które dotyczyły opłat od czystych nośników.

W tej notce nie będę się zajmował zagadnieniem opłat od czystych nośników (to na inną okazję), choć tego dotyczył głównie wyrok Trybunału, a skupię się wyłącznie na dozwolonym użytku prywatnym.

Dozwolony użytek prywatny w prawie polskim

Zacznijmy może od krajowych uregulowań dotyczących dozwolonego użytku prywatnego w prawie autorskim.

Art. 23 ustawy o prawie autorskim mówi, że wolno nieodpłatne korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Przepis ten należy analizować łącznie z definicją utworu rozpowszechnionego (art. 6 ust. 1 pkt 3) oraz art. 35 wprowadzającym trójstopniowy test dla dozwolonego użytku. I tak, utworem rozpowszechnionym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został w jakikolwiek sposób udostępniony publicznie. Art. 35 wskazuje natomiast, że dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy.

Na gruncie tych przepisów, powstaje moim zdaniem pytanie czy dozwolony użytek prywatny obejmuje sytuację, w których utwór został, co prawda rozpowszechniony za zgodą uprawnionego, ale korzystający w ramach dozwolonego użytku korzysta z innej postaci utworu niż ta, w której utwór był rozpowszechniony? Na przykład, książka została rozpowszechniona za zgodą uprawnionego, następnie została zeskanowana i udostępniona w sieci – czy kopiowanie tej książki mieści się w dozwolonym użytku prywatnym? Czy pojęcie rozpowszechnionego utworu nie należałoby ograniczyć do określonych pól eksploatacji – może utwór rozpowszechniony techniką drukarską nie jest utworem rozpowszechnionym techniką cyfrową? Czy taki dozwolony użytek prywatny nie godzi w słuszne interesy twórcy (art. 35) – skoro pozbawia twórcy wynagrodzenia z nowego pola eksploatacji (czy opłata od czystych nośników jest wystarczająca, żeby zbilansować uszczuplone interesy twórcy w takiej sytuacji)?

Większość opowiada się za tym, że każdy utwór, który został za zgodą twórcy udostępniony publicznie, zyskuje „nieodwołalny” status utworu rozpowszechnionego, niezależnie od tego, do jakiego rodzaju środków przekazu został potem wprowadzony i czy to kolejne udostępnienie odbyło się za zezwoleniem twórcy, czy też nie. Tym samym utworem rozpowszechnionym będzie utwór wydany w wersji analogowej, a następnie (bez zezwolenia twórcy) wprowadzony do internetu. [P. Wasilewski].

Czy to prawidłowa wykładnia tych przepisów?

Dozwolony użytek prywatny w dyrektywie

Dyrektywa o prawie autorskim (2001/29) w interesujących nas przepisach stanowi:

Art. 5 ust 2. Państwa Członkowskie mogą przewidzieć wyjątki lub ograniczenia w odniesieniu do prawa do zwielokrotniania określonego w art. 2, w następujących przypadkach:

b) w odniesieniu do zwielokrotniania na dowolnych nośnikach przez osobę fizyczną do prywatnego użytku i do celów ani bezpośrednio, ani pośrednio handlowych, pod warunkiem że podmioty praw autorskich otrzymają godziwą rekompensatę, uwzględniającą zastosowanie lub niezastosowanie środków technologicznych określonych w art. 6, w odniesieniu do danych utworów lub przedmiotów objętych ochroną;

Art. 5 ust. 5 Wyjątki i ograniczenia przewidziane w ust. 1, 2, 3 i 4 powinny być stosowane tylko w niektórych szczególnych przypadkach, które nie naruszają normalnego wykorzystania dzieła lub innego przedmiotu objętego ochroną ani nie powodują nieuzasadnionej szkody dla uzasadnionych interesów podmiotów praw autorskich.

Dozwolony użytek prywatny – nie, gdy pliki pochodzą z nielegalnego źródła

Powołane przepisy dyrektywy nie odnoszą się bezpośrednio do tego, czy legalny lub nielegalny charakter źródła mogącego służyć za podstawę zwielokrotnienia danego utworu ma wpływ na ocenę czy zwielokrotniania mieści się w dozwolonym użytku prywatnym.

Trybunał stwierdził natomiast, że wszelkie wyjątki wskazane w art. 5 ust. 2 należy wykładać ściśle. Zdaniem Trybunału ścisła wykładnia art. 5 ust. 2 lit. b) dyrektywy 2001/29 oznacza, że użytek prywatny nie pozbawia podmioty praw autorskich możliwości powoływania się na przysługujące im wyłączne prawo do zezwalania na zwielokrotnianie w sytuacji, gdy sporządzaniu kopii na użytek prywatny towarzyszy naruszanie praw osób uprawnionych. Sprzeczne z dyrektywą jest więc uregulowanie krajowe, które nie dokonuje żadnego rozróżnienia między kopiami na użytek prywatny sporządzonymi z legalnego źródła a tymi, które zostały sporządzone ze sfałszowanego lub z pirackiego egzemplarza utworu.

Podsumowując swój wywód Trybunał stwierdził, że art. 5 ust. 2 lit. b) dyrektywy 2001/29 należy interpretować w ten sposób, że nie obejmuje on przypadków sporządzania kopii na użytek prywatny z nielegalnego źródła.

Niestety, Trybunał nie wskazał czym jest nielegalne źródło, w szczególności, czy będzie nią tylko sytuacja, gdy zmienimy sposób eksploatacji utworu (utwór analogowy bez zgody autora został zdigitalizowany), czy też dotyczy każdej sytuacji, w której kopiujemy od osoby, która nie jest upoważniona do rozpowszechniania utworu. Ustalenie czym jest nielegalne źródło ma olbrzymie znaczenie praktyczne, gdyż odpowiedzialność za naruszenia prawa autorskiego jest uniezależniona od winy. Każdy z nas, jako użytkownik internetu powinien wiedzieć kiedy ściągając plik narusza prawa, a kiedy będzie to dozwolony użytek prywatny. Jest spore ryzyko, że w świetle tego wyroku Trybunału, krajowe przepisy należy wykładać w ten sposób, że w zasadzie każde ściągnięcie pliku z internetu będzie oznaczało naruszenie prawa autorskiego.

Czy można sprzedać wersję cyfrową gry (sprawy UsedSoft i Nintendo)?

Czy można (od)sprzedać wersję cyfrową gry, którą kupiliśmy? Czy można (od)sprzedać e-booka, mp3?

Problem z odsprzedażą cyfrowych wersji programów komputerowych, gier i innych cyfrowych utworów chronionych prawem autorskim dotyczy przede wszystkim tego, czy prawo wyczerpania aktualizuje się również w przypadku pierwszej sprzedaży kopii niematerialnej utworu?

Prawo wyczerpania, w uproszczeniu, polega na tym, że jeżeli właściciel utworu dokona pierwszej sprzedaży przedmiotu, który ucieleśnia utwór (książką, płyta CD), to nabywca tego przedmiotu może go dalej sprzedawać (rozpowszechniać). Jeżeli kupimy książkę, przeczytamy ją, to możemy ją później sprzedać. Czy to samo dotyczy gier w wersji cyfrowej (płacimy za pobierany plik)?

Temat ten zaczął być szerzej dyskutowany w 2012 r. po wyroku Trybunał w sprawie Oracle przeciwko UsedSoft (C-128/11). Wyrok ten omawiałem już m.in. tutaj: http://issuu.com/replegal/docs/mag_4/19, ale dla przypomnienia – Oracle udzielał licencji na swoje oprogramowanie w pakiecie na 25 stanowisk, w ten sposób, że ze strony Oracle można było pobrać pliki do zainstalowania, a następnie po opłaceniu uzyskiwało się nieprzenoszalną i bezterminową licencję(tzw. wieczystą licencję). Usedsoft kupował i odsprzedawał te licencje powołują się na prawo wyczerpania.

Trybunał stwierdził, że licencje, których udziela Oracle są w istocie pierwszą sprzedażą oraz że prawo wyczerpania, w przypadku programów komputerowych, odnosi się również do nośników (kopii) niematerialnych. Tym samym wraz z pobraniem przez klienta pliku ze strony Oracle i udzielenia przez Oracle bezterminowej licencji dochodzi do pierwszej sprzedaży i oprogramowanie to (licencję) można dalej odsprzedawać (pomimo zastrzeżenia w umowie licencji, że jest ona nieprzenoszalna).

Wyrok w sprawie UsedSoft dotyczył programu komputerowego. Po wydaniu tego wyroku zadawano sobie pytanie, czy można go stosować – rozszerzyć jego zastosowanie – do innych utworów i ich kopii niematerialnych, np. gier komputerowych, ebooków, mp3.

W styczniu 2014 Trybunał wydał wyrok w sprawie Nintendo (C-355/12). Nintendo w swoich konsolach wprowadził blokadę, która powodowała, że na konsoli można było wyłącznie korzystać z produktów Nintendo (gier). Pozwany, włoska spółka, stworzyła urządzenie, które dezaktywowało tę blokadę i umożliwiało wykorzystywanie konsoli do gier innych producentów, odtwarzania mp3 i innych.

Trybunał zajmował się przede wszystkim zagadnieniem legalności urządzeń dezaktywujących blokady oraz proporcjonalnością takich blokad. W wyroku tym wysłowione zostały jednak dwa, niby dość oczywiste, ale jednak ważne poglądy.

Po pierwsze, Trybunał stwierdził, że na gry komputerowe – z punktu widzenia prawa autorskiego – składają się programy komputerowe (oprogramowanie) oraz inne utwory (grafika, dźwięk).

Po drugie, że dyrektywa dotycząca ochrony programów komputerowych (2009/24) jest regulacją szczególną w stosunku do dyrektywy o ochronie prawa autorskiego (2001/29).

Jakie jest tego praktyczne znaczenie?

Jak wspomniałem na początku jednym z kluczowych pytań dla oceny, czy można odsprzedawać gry komputerowe w formie cyfrowej jest odpowiedź na pytanie, czy do wyczerpania prawa autorskiego dochodzi również w przypadku pierwszej sprzedaży kopii niematerialnej utworu?

W przypadku programów komputerowych, Trybunał, w wyroku UsedSoft, odpowiedział na to pytanie pozytywnie. Powołał się przy tym na motyw 7 dyrektywy o ochronie programów komputerowych, który mówi, że w rozumieniu tej dyrektywy program komputerowy to program w jakiejkolwiek formie. Trybunał, moim zdaniem słusznie, uznał, że jakakolwiek forma to również forma niematerialna.

W przypadku innych utworów (nie programów komputerowych) zastosowanie znajdzie dyrektywy 2001/29. Zgodnie z jej motywami 28 i 29:

– Ochrona prawa autorskiego na mocy niniejszej dyrektywy obejmuje wyłączne prawo do kontrolowania dystrybucji utworu w postaci materialnego nośnika.

– Problem całkowitego wykorzystania nie powstaje w przypadku usług, w szczególności usług świadczonych przez Internet.

Motywy te dość jednoznacznie wskazują, że w przypadku utworów innych niż programy komputerowe prawo wyczerpania dotyczy wyłącznie kopii materialnych. Gry komputerowe zawierają w sobie różne utwory – wydaje się więc, że w ich przypadku, opierając się na wykładni językowej przepisów, prawo wyczerpania dotyczy sprzedaży tylko nośników materialnych.

Wykładnia prawa jest jednak złożonym i dynamicznym procesem. Pomimo cytowanych motywów dyrektywy 2001/29 szereg argumentów przemawia za tym, aby prawo wyczerpania dotyczyło również sprzedaży kopii niematerialnych wszystkich utworów, np.:

  1. Sprzedaż utworu w postaci kopii materialnej (np. CD) i kopii niematerialnej (plik do pobrania) mają podobny sens ekonomiczny. Kupujący płaci za możliwość korzystania z utworu – forma w jakiej otrzymuje utwór ma z reguły znaczenie drugorzędne zarówno dla sprzedającego i kupującego.
  2. Czy aby na pewno pliki należy rozumieć, jako kopię niematerialną utworu? Czym różniłaby się sytuacja, w której producent sprzedawałby grę, mp3 nagraną na pamięci usb, od tej, w której pliki można pobrać ze strony producenta? Czym różni się gra w postaci pliku do pobrania, od plików wypalonych na CD?
  3. Motyw 29 dyrektywy 2001/29 można odczytywać, jako wyłączający prawo wyczerpania tylko w przypadku usług świadczonych przez internet, przy czym wyrażenie „usługi” należy interpretować ściśle. Jeżeli np. możliwość korzystania z utworu polega na wykupieniu dostępu do niego on-line, bez pobierania pliku, to nie dochodzi do wyczerpania. Usług polega wówczas na zapewnieniu możliwości korzystania z utworu, który jest przechowywany przez właściciela / uprawnionego (np. Spotify, gry on-line). Dodatkowo dostęp taki jest zazwyczaj ograniczony czasowo. Motyw 29 można rozumieć, jako dotyczący wyłącznie takich usług. Natomiast w przypadku, gdy producent umożliwia pobranie pliku i korzystanie z niego jest związane z dodatkowymi usługami wsparcia, które świadczy producent, takie usługi nie byłyby usługami, o których mowa w motywie 29 dyrektywy i dochodziłoby wówczas do wyczerpania prawa.

Niemniej, przeważają obecnie opinie, że prawo wyczerpania w przypadku utworów innych niż programy komputerowe, nie aktualizuje się w przypadku pierwszej sprzedaży kopii niematerialnej takiego utworu i dotyczy to również gier komputerowych.

Jakie argumenty przeważą, czas pokaże i rozstrzygnie o tym Trybunał przy okazji kolejnego sporu.

Metawyszukiwarki – w Polsce były OK, a jak będzie po unijnym wyroku?

Rozbieżności w orzecznictwie nie są czymś nadzwyczajnym. Ciekawa rozbieżność wystąpiła ostatnio pomiędzy orzeczeniem polskiego sądu i unijnego Trybunału (CJEU) w ocenie działalności metawyszukiwarek. Jest to o tyle ciekawe, że orzeczenie polskiego sądu wydaje się być rozsądniejsze, bardziej przemyślane i lepiej uzasadnione. Jednak to orzeczenie Trybunału będzie teraz elementem systemu prawna wspólnotowego wiążącym również polskie sądy.

W dniu 19 grudnia 2013 r. Trybunału wydał w sprawie C 202/12 wyrok dotyczący tzw. metawyszukiwarki www.gaspedaal.nl. Ze zreferowanego stanu sprawy wynika, że za pomocą wyszukiwarki znajdującej się na stronie www.gaspedaal.nl użytkownik może poszukiwać ofert sprzedaży używanych samochodów. Strona ta nie zawiera jednak samodzielnej bazy ogłoszeń i nie dokonuje przeszukania innych stron internetowych (nie ma swojego algorytmu wyszukiwania). Wyszukiwarka ta korzysta z innych wyszukiwarek i za ich pomocą dokonuje przeszukań ofert sprzedaży używanych samochodów. Stąd nazwa – metawyszukiwarka.

Trybunał oceniając sprawę oparł się w głównej mierze na analizie ekonomicznej – moim zdaniem najmniej odpowiedniej w takiej sprawie (taka analiza mogłaby być argumentem uzupełniającym analizę prawną, tu ją zastąpiła).

Oczywiście, przepisy dotyczące ochrony baz danych, jako bazę danych nakazują traktować tylko taki zbiór danych, który powstał w wyniku istotnego, co do jakości i ilości, nakładu inwestycyjnego w celu sporządzenia, weryfikacji lub prezentacji rekordów. Element finansowych nakładów poniesionych przez producenta jest kluczowy dla oceny, czy mamy do czynienia z bazą danych i w konsekwencji powinien mieć on również znaczenie przy ocenie, czy doszło do naruszenia prawa do bazy danych. Nie może to być jednak argument przeważający i rozstrzygający.

Producent bazy danych powinien mieć, uogólniając, prawo wyłącznego czerpania z niej korzyści. Wartościami, które są konkurencyjne w stosunku do tego prawa są np. swoboda działalności gospodarczej, rozwój innowacyjności i oferowanie konsumentom nowych, tańszych i lepszych rozwiązań. Dlatego też przepisy dotyczące baz danych mówią o wyłącznym prawie producenta baz danych do wykorzystywania istotnej części tej bazy danych – z części nieistotnych może korzystać każdy (z małymi wyjątkami). Tych ostatnich wartości Trybunał w ogóle nie wziął pod uwagę i przez to zaniechał dokonania analizy prawnej, czy metawyszukiwarka wykorzystuje istotną część (ocenianą jakościowo i ilościowo) bazy danych www.autotrack.nl. Trybunałowi wystarczyło stwierdzenie, że skoro w wyniku działania metawyszukiwarki istnieje ryzyko, że mniej osób będzie wchodziło na stronę startową strony z bazą danych (czyli producent będzie uzyskiwał mniejsze zarobki z reklam), że niektórym użytkownikom wystarczy obejrzenie streszczenia oferty w metawyszukiwarce i nie klikną w link (czyli producent będzie uzyskiwał mniejsze zarobki z reklam), to zdaniem Trybunału oznacza to, że metawyszukiwarka dokonuje wtórnego wykorzystania istotnej części bazy danych, czyli narusza prawo do bazy danych.

Spójrzmy teraz na polski wyrok Sądu Apelacyjnego w Szczecinie (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Szczecinie z dnia 2 maja 2012 r. I ACa 105/2012). Sprawa z powództwa Grupy Allegro – właściciela serwisu www.otomoto.pl przeciwko startupowi www.wroom.pl. Wroom.pl działa w bardzo podobny sposób do www.gaspedaal.nl – jest metawyszukiwarką, która przeszukuje inne serwisy i wyświetla skrócone opisy ofert wraz z linkami do stron, na których się znajdują. Allegro wniosło pozew i przegrało (przed Sądem Apelacyjnym, brak informacji, czy składana była skarga kasacyjna). Sąd Apelacyjny oddalenie powództwa uzasadnił następująco.

Sąd uznał, że nie doszło do wtórnego wykorzystania przez www.wroom.pl całości lub istotnej części, co do jakości lub ilości, bazy danych www.otomoto.pl. Badanie, czy wykorzystywana jest istotna część bazy danych (ilościowo i jakościowo) powinno dotyczyć tego, czy eksploatowane elementy pochodzące z bazy danych są samodzielnie wartościowe i czy samodzielnie mogłyby tworzyć bazę danych. Przesłankę ilościową należy odnosić do relacji zachodzącej między liczbą danych składających się na określoną część bazy danych a liczbą danych składających się na całą bazę. Z kolei przesłanka jakościowa jest nastawiona na badanie rozmiaru inwestycji związanej z uzyskaniem, weryfikacją i prezentacją tej zawartości, „wartości” danych.

W konsekwencji Sąd uznał, że www.wroom.pl korzysta z nieistotnej części bazy danych www.otomoto.pl, gdyż www.wroom.pl (i) nie tworzy i nie jest w stanie stworzyć produktu strcite konkurencyjnego to www.otomoto.pl; (ii) www.wroom.pl odsyła w swoich wynikach wyszukiwania do www.otomoto.pl; (iii) www.wroom.pl działa jak wyszukiwarka ofert, www.otomoto.pl zbiera oferty i kojarzy sprzedających i kupujących.

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę, że korzystanie z nieistotnej części bazy danych też może naruszać prawa do bazy danych, ale wyłącznie jeżeli powoduje nieusprawiedliwione naruszenie słusznych interesów producenta. Sąd uznał, że metawyszukiwarka narusza interesy producenta bazy danych, ale to naruszenie jest usprawiedliwione. Dzięki działaniu metawyszukiwarki użytkownicy mogli dotrzeć szybciej do interesujących ich ofert z różnych serwisów (deep linking). Wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań prawie zawsze spowoduje naruszenie status quo i interesów dotychczasowych przedsiębiorców, a prawo nie może służyć ochronie tych interesów w sposób bezwzględny. Jeżeli naruszenie interesu przedsiębiorcy da się uzasadnić równowartościowym interesem innej osoby (maksymalizacji zysku producenta bazy danych v. rozwój innowacyjności, swoboda gospodarcza, zwiększenie konkurencyjności), to prawo nie powinno ingerować w takie relacje.

Co będzie dalej? Wpływ orzeczeń Trybunału na orzeczenia sądów krajowych jest bardzo duży – stają się one elementem systemu prawnego wspólnot i wiążą sądy krajowe. Producenci baz danych mogą próbować walczyć z metawyszukiwarkami powołując się na to orzeczenie. Sądy krajowe będą formalnie nim związane, choć bardzo często sądy krajowe nie uznają tego związania i odnoszą się do orzeczeń Trybunału, jako do autorytetu, a nie jako prawa.

Miejmy nadzieję, że podobna sprawa trafi to Trybunału (choć może być to trudne) i ten, w innym składzie, wyda inne, bardziej nowoczesne rozstrzygnięcie.

Wzór umowy o dzieło z prawami autorskimi

Oto druga część kursu o prawach autorskich. Skoro już wiemy, czym są prawa autorskie, że można je przenosić lub udzielać do nich licencji, to czas na praktyczny aspekt. Dość często spotykamy się z sytuacją, w której jakaś instytucja (organizacja) zleca wykonanie praw kreatywnych, prace te zostają wykonane i następnie są wykorzystywane, a po jakimś czasie okazuje się, że nie wiadomo (wiadomo – prawo to wie, ale strony nie wiedzą), czyje są prawa autorskie, co może która strona zrobić ze stworzonym dziełem. Dość łatwo temu zaradzić – warto przed zleceniem wykonania prac podpisać prostą umowę o dzieło. Nie kosztuje to dużo wysiłku – w nieskomplikowanych sytuacjach można podpisać niedługą i nieskomplikowaną umowę, która ureguluje sytuację prawną stron.

Pobierz wzór »
Udostępniamy wzór takiej nieskomplikowanej umowy o dzieło.

Wzór dotyczy zlecenia wykonania drobnej pracy kreatywnej, która nie jest programem komputerowym.

W wyniku wykonania dzieła i zapłaty umówionego wynagrodzenia, na zamawiającego przejdzie całość praw majątkowych do dzieła łącznie z prawem do wykonywania praw zależnych. We wzorze ograniczyliśmy również możliwość wykonywania przez autora dzieła (przyjmującego zamówienie) autorskich praw osobistych. Wzór napisany jest z korzyścią dla zamawiającego – strony mogą oczywiście potrzebować innego rozłożenia sił w umowie – wówczas we wzorze należy dokonać niezbędnych zmian (więcej praw zostaje u przyjmującego zamówienie, tzn. przenosi praw na mniejszej liczbie pól, z ograniczeniami albo udziela licencji).

Tak, jak wspomniałem, wzór nie dotyczy zlecenie wykonania programu komputerowego. W przypadku programów komputerowych inaczej należy opisać sam przedmiot zlecenia oraz pola eksploatacji, na których przenoszone są prawa do programu komputerowego, przez przyjmującego zamówienie.

Wzór dotyczy wykonania prostych prac kreatywnych, przy czym przez proste, rozumiem prace, które nie wymają użycia kosztownych materiałów przez przyjmującego zamówienie (choć dzieło stworzone przez taką osobę może być wybitne). Chodzi tylko o to, że wzór nie zawiera postanowień dotyczących obliczanie wynagrodzenia w sposób kosztorysowy oraz rozliczania kosztów materiałów – takie sytuacje, wymagają indywidualnego podejścia i trudno byłoby stworzyć uniwersalne rozwiązanie do umieszczenia we wzorze.

c.d.n.

Załączniki: Wzór umowy o dzieło z prawami autorskimi [DOCX] | Pobierz »

Życie w sieci po śmierci – czy trzeba zmieniać prawo?

Najkrócej, o prawach autorskich, jak się da:

Czym są prawa autorskie?

Co stanie się z naszą pocztą e-mail (np. na gmailu, hotmailu itp.) po naszej śmierci? Co z naszymi kontami na portalach społecznościowych? Co z naszymi kontami w grach online? Co z wykupionymi dostępami do serwisów muzycznych, zakupionymi plikami z muzyką i ebookami, gdy umrzemy?

Temat jest dość mroczny, a dodatkowo, na pierwszy rzut oka, wydaje się niezbyt ważny – dotyczy jednak sfery rozrywki – prywatnej poczty, facebooka, czy ebooków na Kindlu. Z drugiej strony – w chmurze przechowujemy często ważne pliki i informacje, wykupiona przez nas nazwa domeny może być dużo warta (np. prowadzimy na niej poczytnego blogaska), tak samo, jak kolekcja ebooków.

Z punktu widzenia prawa, zagadnienie to rodzi problemy na kilku polach:
– prawa spadkowego – co jest dziedziczone,
– prawa procesowego – co w razie sporu, jaki sąd (i jakie prawo) będzie właściwe,
– prawa ochrony danych osobowych – czy nasze dane (w tym login i hasło) są po śmierci chronione i czy rodzina może mieć do nich dostęp,
– umów zawieranych z dostawcami usług internetowych,
– prawa autorskiego – licencji do określonych treści (książek, muzyki), prawa własności przysługującego tylko do materialnych nośników, tzw. prawa wyczerpania.

Dziedziczeniu podlega ogół majątkowych praw i obowiązków zmarłego, z wyjątkiem tych, które są ściśle związane z jego osobą. Prawa to np. prawo własności, prawa autorskie, ale również prawa wynikające z umów (wierzytelności, roszczenia). Żeby prawo podlegało dziedziczeniu musi być prawem majątkowym. Dlatego dziedziczeniu nie podlegają dobra osobiste, jako prawa, co do zasady, niemajątkowe.

Przenosząc to na interesujący nas grunt – zakładając konto w serwisach internetowych zawieramy z właścicielem takiego serwisu umowę. Z reguły do zawarcia umowy dojdzie z chwilą akceptacji przez nas tzw. Terms & Conditions, regulminu lub End user licence agreement, czyli podaniu loginu, hasła i kliknięcia „tak, zgadzam się” (na coś, czego oczywiście nie przeczytałem).

Uważam, że co do zasady, po śmierci – spadkobiercy mogą wstąpić w prawa i obowiązki wynikające z takiej umowy. Jest oczywiście „ale”.

Lojalnie muszę donieść, że znane mi opracowania tego tematu podchodzą do niego inaczej (np.
http://ipkitten.blogspot.com/2013/04/digital-afterlife-what-canwill-you.html,
http://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2222163,
http://mashable.com/2008/10/17/social-profiles-after-death/ ).
W wypowiedziach tych podkreśla się przede wszystkim niematerialny charakter dóbr umieszczanych w internecie (brak materialnego nośnika) lub dóbr kupowanych przez internet (licencje), co miałoby utrudniać ich dziedziczenie. Tak rzeczywiście jest, tyle że moim zdaniem nie w tym tkwi źródło problemu. To, że nabywając mp3, ebooka zawieram umowę licencji, która z pewnością zawierała będzie postanowienie, że licencje jest nieprzenoszalna, nie oznacza, że moi spadkobiercy nie mogą wstąpić w moje prawa i obowiązki wynikające z tej umowy.

Problemy, jakie ja widzę dotyczą następujących zagadnień:

– prawa właściwego rządzącego umowami – większość serwisów poddaje umowy pod prawo właściwego ze względu na swoją siedzibą. Czyli często prawo właściwe będzie inne niż prawo ojczyste zmarłego. Prowadzi to do konfliktu systemów prawnych i konfliktu wyboru jurysdykcji, np. rodzina polskiego zmarłego użytkownika Hotmaila najpewniej, w razie sporu, musiałaby prowadzić postępowanie w USA;

– treści umów – większość umów (regulaminów) zawieranych z usługodawcami internetowymi zawiera postanowienie, że po śmierci użytkownika, jego login i hasło nie zostaną przekazane rodzinie. Postanowienia takie mają całkiem sporu sensu również z punktu widzenia prawa polskiego. Login i hasło to dane osobowe, których dostawca usług internetowych nie może ujawniać osobom trzecim bez naszej zgody – również po śmierci. Polska ustawa o danych osobowych nie przewiduje, że dane osobowe i prawa z nimi związane po śmierci mogą być wykonywane przez najbliższych. Może powinno być tak, że spadkobiercy powinni mieć możliwość wstąpienia w miejsce zmarłego do takiej umowy z obowiązkiem zmiany loginu/hasła?

Oczywiście takie wstąpienie do umowy (czyli nabycie praw i obowiązków z niej wynikających) dotyczyć może umów, które nie są ściśle związane z osobą zmarłego. Za takie natomiast uważam umowy (upraszczając – profile) na serwisach społecznościowych. Zarówno z punktu widzenia prawa, jak i zdrowego rozsądku, nie powinno dziwić, że spadkobiercy nie powinni mieć możliwości korzystania z profilu zmarłego – pisania jako on (zmarły).

Jest jednak druga strona tego medalu. Jeżeli pisałbym pamiętnik (na kartkach papieru) lub prowadził papierową korespondencję to nie ulega wątpliwości, że podlegałaby ona dziedziczeniu, jak większość przedmiotów materialnych. Co natomiast z korespondencją, pamiętnikami, profilami online – w kontekście dostępu do ich treści?

Tu chyba najciekawszy problem. Nie można być właścicielem emaila (a może można po wyroku w CJEU w sprawie UsedSoft). Treść emaila z reguły nie będzie chroniona prawem autorskim. Może to więc czas, aby ustawodawca stworzył nowe prawo – prawo do niematerialnych dóbr online?

Na teraz, w związku z wątpliwościami prawnymi, pozostaje korzystać np. menadżera pośmiertnego googla, który na jakiś czas rozwiązuje opisane powyżej problemy:
https://www.google.com/settings/u/0/account/inactive

Prawa autorskie w 10 minut – cz. I

Najkrócej, o prawa autorskich, jak się da:

Czym są prawa autorskie?

Prawa autorskie chronią każdy oryginalny przejaw działalności kreatywnej, czyli, jak nazywa to ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych: utwór.

Niezależnie od tego, jak nazywać będziemy przejaw działalności twórczej, czy będzie to utwór, praca, działanie artystyczne, dzieło czy wytwór kultury – będzie ona podlegać ochronie, jeżeli jej rezultat:

  • jest oryginalny, czyli składają się na niego nowe, niepowtarzalne, wymyślone przez twórcę elementy (ochrona nie przysługuje, jeżeli praca powiela wcześniejsze wytwory),
  • jest kreatywny, czyli musi być to nieskrępowany wytwór ludzkiego intelektu; ochrona prawnoautorska przysługuje niezależnie od oceny jakości pracy (prawo autorskie chroni dzieła wybitne, ale też utwory słabe).

Chroniony jest tylko wytwór (coś utrwalonego, choćby w głowie innych, czyli odczytany po raz pierwszy wiersz). Prawo autorskie nie chroni idei ani pomysłów. Pomysł na stronę internetową nie jest chroniony, ale zrobiona strona już tak. Nie jest chroniona idea startupa, ale napisany startuup – tak (w zakresie kodu źródłowego i wynikowego).

Prawo autorskie chroni każdy utwór już od momentu jego powstania, czyli np. stronę internetową – od momentu jej stworzenia. Fakt powstania utworu nie musi być wcześniej rejestrowany czy zgłaszany w żadnym urzędzie. Po powstaniu utworu prawo autorskie zwykle przysługuje twórcy.

Kim jest twórca według definicji prawa autorskiego? Jest to człowiek (lub kilkoro ludzi), który faktycznie jest autorem utworu. Co ważne – twórcą nie może być organizacja, np. spółka.

Przenoszenie praw autorskich

Twórca, artysta może przekazać swoje prawa autorskie innej osobie lub organizacji – może to zrobić odpłatnie lub nieodpłatnie. Twórca może przenieść na inny podmiot jedynie tzw. autorskie prawa majątkowe, nie może przenieść autorskich praw osobistych, które są niezbywalne.

Autorskie prawa majątkowe to prawa do używania pracy i udostępniania jej, czyli jej publikowania, powielania, wynajmowania lub jej sprzedaży. Z przeniesieniem praw autorskich związane są dwa kluczowe zagadnienia.

Po pierwsze, dla skutecznego przeniesienia praw autorskich potrzebna jest umowa na piśmie. Umowę taką musi podpisać zarówno autor, jak i podmiot nabywający prawa. Po drugie, umowa musi wskazywać, jakich dokładnie praw dotyczy. Dokument powinien wymieniać tzw. pola eksploatacji dzieła, np.: możliwość umieszczenia strony internetowej on-line, umieszczenie zdjęć w katalogu czy przestrzeni Internetu oraz najem pracy. Niestety, jeżeli umowa o przeniesienie praw autorskich nie wymienia jakiegoś sposobu użycia utworu (pola eksploatacji), nabywającemu prawa nie wolno użyć utworu w ten sposób. Prawo do takiego użycia pozostaje przy twórcy, który może to prawo przenieść na inną osobę. I tak, pojedynczy twórca może na jedną osobę przenieść prawo do prezentowania zdjęcia na stronach internetowych, a innej osobie udzielić prawa do umieszczanie zdjęcia w katalogach papierowych.

Kolejnym ważnym aspektem przenoszenia praw autorskich do dzieła są zasady przeniesienia prawa własności samego dzieła. Uwaga! W polskim prawie, czym innym jest przeniesienie własności rzeczy – egzemplarza pracy artystycznej (jako obiektu materialnego), a czym innym jest przeniesienie autorskich praw majątkowych. W przypadku, gdy autor sprzeda zrobioną przez siebie fotografię (obiekt materialny), nie uprawnia to nabywcy fotografii do innego wykorzystania tej fotografii niż trzymania w domu (chyba że z okoliczności wynika, że doszło do udzielenia licencji na określony sposób wykorzystania). Inny przykład – zakupując płytę CD, czyli nabywając własność nośnika materialnego, nie nabywamy prawa autorskiego do utworu w postaci utworów umieszczonych na płycie. Te prawa zachowuje autor (lub wydawca, jeżeli nabył je od autora). Możemy więc słuchać muzyki z płyty, odsprzedać nabyty egzemplarz, ale nie możemy zgrać utworów z płyty i wrzucić do sieci (to jest rozpowszechnianie, czyli jedno z pól eksploatacji).

Innym sposobem uzyskania prawa do korzystania z pracy artystycznej, obok nabywania praw autorskich, jest uzyskanie zgody autora na użycie jego pracy – czyli licencja. Licencja zwykle nie wymaga formy pisemnej, więc jeśli bez zachowania formalności otrzymujemy utwór do wykorzystania, zwykle mamy do czynienia właśnie z licencją. Wówczas prawa majątkowe nadal przysługują autorowi, a on sam udziela licencji na korzystanie z nich. Takiej licencji autor może udzielić wielu osobom.

To wstęp o prawach autorskich – dalsze zagadnienia wkrótce.

Wykorzystanie cudzego znaku towarowego w Google AdWords

Zakładam, że każdy wie, na czym polega usługa Google AdWords. Jeżeli nie – google it.

Od około dekady, z różnych zakątków świata, docierają informacje prasowe o dziesiątkach toczących się postępowań sądowych dotyczących wykorzystania znaków towarowych w systemie AdWords. Przedsiębiorcy spierają się o to, czy konkurent może korzystać z cudzego znaku towarowego, żeby wyświetlać swoje reklamy w AdWords.

To można, czy nie można korzystać ze znaku konkurenta (mówimy o wykorzystaniu identycznego znaku), żeby wyświetlać swoje reklamy w Googlu?

Na to pytanie już wielokrotnie odpowiadał Europejskie Trybunał Sprawiedliwości C-323/09, C-236/08, C-558/08 i odpowiedź zawsze była podobna: nie można, jeżeli reklama wyświetlana nie pozwala lub z trudnością pozwala przeciętnemu internaucie na zorientowanie się, czy reklamowane towary lub usługi pochodzą od właściciela znaku czy od osoby trzeciej (reklamującego się). Czyli na przykład, według Trybunału, jeżeli Nikon użyje w systemie AdWords słowa klucza Canon, a reklama będzie mówiła, że Nikon to najlepsze aparaty na rynku, to wszystko będzie OK. Przecież rozsądny internauta nie pomyli reklamy Nikona z Canonem i nie pomyśli, że Nikon i Canon to powiązani przedsiębiorcy.

I ja się z takim rozumowaniem zgadzam, choć uważam, że Trybunał niewłaściwie wykłada przepisy o znakach towarowych. Moim zdaniem, użycie słowa klucza w systemie AdWords odpowiadającemu znakowi towarowemu nie jest używaniem znaku towarowego. Przepisy o znakach towarowych nie powinny znajdować zastosowania, a zagadnienie to powinno być rozstrzygane na gruncie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Wtedy można zadać prostsze pytanie, czy jest coś nieuczciwego (sprzecznego z dobrymi obyczajami biznesowymi) w używaniu znaku konkurenta, żeby przy jego użyciu wyświetlić swoją reklamę?

Moim zdaniem odpowiedź powinna raczej brzmieć – nie. Oczywiście na gruncie przepisów o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji funkcjonuje doktryna pasożytnictwa (nieuzasadnionego czerpania z renomy konkurenta), ale czy to rzeczywiście jest pasożytnictwo? Każdy przypadek należy oceniać indywidualnie, ale próbując wydać osąd bardziej generalny – nie można zapominać, że AdWords funkcjonują w internecie i przy okazji wyszukiwarki. I ta myśl prowadzi nas do tego, co było przyczyną tej notatki. Niedawno ukazała się ciekawa analiza dotyczą wykorzystania słów kluczowych w internecie autorstwa David J. Franklyn i David A. Hyman (do podejrzenia tutaj)

Z przeprowadzonych badań wynika, że internautów nie tak łatwo wprowadzić w błąd. Okazuje się, że internauci, wyszukując przy użyciu nazwy określonej marki, często chcą poznać konkurentów tej marki i dotrzeć do ich stron lub wykorzystują nazwę marki w sposób generyczny, jako oznaczenie dla określonego rodzaju produktów (np. adidas zamiast buty sportowe). AdWords i reklamy konkurenta odpowiadają na zapotrzebowanie większości internautów – wyświetlane są linki (reklamy) do stron innych niż strony właściciela marki – słowa kluczowego. Taki sposób reklamowani pozytywnie wpływa również na konkurencję – ułatwia konsumentom dotarcie do różnych dostawców towarów i usług.

Właśnie takie rozumowanie zdaje się przeważać w sądach amerykańskich, w których większość powództw opartych na naruszenia praw przez wykorzystanie przez konkurenta marki, jako słowa kluczowego w systemie AdWords, jest oddalana CollegaSource v. AcademyOne, Louisiana Pacific v. James Hardie. Zazwyczaj w tych sprawach uznawano, że monopol przyznawany znakom towarowym i innym odróżniającym oznaczeniom, co do zasady nie idzie tak daleko, żeby całkowicie wyłączać możliwość korzystania z tych oznaczeń przez konkurentów. W przypadku systemu AdWords monopol polegałby na zawłaszczaniu wyników wyszukiwań i powiązanych z nimi reklam.

Ciekawe, co na to polskie sądy, ale o tym przekonamy się pewnie, gdy branża reklamowa w Polsce stanie się odrobinę odważniejsza, choć do niczego nie zachęcam.